Skocz do zawartości

Adam

Blogerzy
  • Liczba zawartości

    7
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

0 Neutral

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. Adam

    Sposób na rosówki

    Sposób na rosówki Mamy już połowę maja, co prawda pogoda nas nie rozpieszcza i jakoś nie widać zbliżającego się lata. Pomimo to powoli wielu z nas wędkarzy rusza coraz chętniej na nocne połowy. Wędkowanie w nocy jest zupełnie inne niż łowienie za dnia. Mała ilość światła i nocne odgłosy silnie działają na ludzką psychikę, ale dzisiaj nie o tym. Skupmy się na moim zdaniem najlepszej nocnej przynęcie jaką są rosówki. Ten gatunek dżdżownicy jest bardzo atrakcyjnym kąskiem dla wielu gatunków ryb. Nie oprze jej się węgorz, sum, leszcz jest też przysmakiem dla dużych okoni, linów oraz karpi. Niestety ceny tych robaków są bardzo wysokie, około 10 zł za paczkę w której jest 10 sztuk nie jest zbyt atrakcyjna tym bardziej, że podczas dobrych nocnych brań 2 paczki rosówek znikną. Wielu wędkarzy w tym ja zbiera je samodzielnie. Nie jest to łatwe zadanie, ponieważ dżdżownice te są bardzo czujne i szybkie. Na powierzchnię wychodzą tylko po zmroku i najlepiej po deszczu. Jednak najtrudniejsze nie jest łapanie rosówek tylko utrzymanie ich w odpowiedniej kondycji. Podczas jednego wyjścia jestem w stanie złapać od 20 do nawet 100 rosówek. Wielokrotnie spotkałem nad wodą wędkarzy, którzy trzymali rosówki w słoiku z ziemią i narzekali, że robaki nawzajem im się “poprzecinały”. Z doświadczenia wiem że rosówki powinno przechowywać się w niskich, ale szerokich pojemnikach wyłożonych roślinami. Najbardziej sprawdzają się wiaderka po farbie, a z roślin najlepszy jest mech. W ten sposób rosówki w lodówce można przetrzymywać ponad miesiąc. Należy tylko od czasu do czasu skropić mech woda. Trzymając robaki w lodówce trzeba je przykryć, żeby nie rozeszły się po niej. Nasze drugie połówki nie byłyby zachwycone takim widokiem. Jeśli już mowa o naszych ukochanych przydadzą nam się do przykrycia wiaderka. Idealnie do tego nadają się damskie pończochy lub podkolanówki. Posiadają one elastyczną gumkę, która zaciśnie się na brzegu wiaderka a drobna “siatka” z której są zrobione zapewni odpowiedni dostęp powietrza i wentylacji dla robaków. Życzę powodzenia podczas łapania rosówek, oraz dobrych wyników podczas łowienia na nie.
  2. Adam

    Lekki wiosenny spinning

    W kwietniu gdy z rzek spłynie już pośniegowe błoto, i woda się krystalizuje lubię wybrać się nad niewielkie rzeczki z delikatnym spinningiem. W tym okresie ciepłe promienie słońca zachęcają rośliny do intensywnego rozkwitu, gdy w mieście jest jeszcze szaro w lasach zaczynają wyrastać „kolorowe dywany”, oraz słychać liczne ptasie symfonie. Nie tylko na lądzie budzi się życie, właśnie teraz pod wodą zaczynają wylęgać się liczne owady. Dla wielu gatunków ryb jest to okres intensywnego żerowania przed tarłem, a insekty są idealnym pokarmem dzięki któremu ryby zdobędą wystarczająco dużo siły do miłosnych igraszek. Właśnie wtedy wyruszam ze spinningiem w poszukiwaniu białorybu, wyposażony w gumowe imitacje wodnych insektów uzbrojone przeważnie w czeburaszki. Na insekty te skutecznie łowiłem płocie, okonie, jazie oraz leszcze. Podejrzewam, że równie dobrze wabiłby też pstrągi.
  3. Miałem się znowu wybrać na poszukiwanie pstrągów, ale po męczącym tygodniu w pracy stwierdziłem, że przydałby się odpoczynek w wygodnym fotelu nad brzegiem jeziora. Tego dnia nawet się nie spieszyłem, wstałem po 6 rano spokojnie zjadłem śniadanie i spakowałem sprzęt do samochodu. Pojechałem nad swoje ulubione jezior PZW, można tam złowić wiele gatunków ryb, dlatego nigdy nie wiadomo co będzie na drugim końcu zestawu. Do wędkowania użyłem feederów z klasycznymi koszyczkami zanętowymi a na haczyk 14 zakładałem 3 pinki. Dzień zapowiadał się bardzo obiecująco bo po niespełna 20 min wędkowania zameldował się piękny karaś srebrzysty 40 cm i 1,5 kg wagi. W ciągu dnia ryby dopisały brały pewnie i zdecydowanie. Złowiłem wiele płoci, oraz leszczyków, a wisienką na torcie była druga japana równie piękna jak poprzednia. Dzięki takiemu dniu w pełni naładowałem swoje baterie i od poniedziałku można było wrócić do pracy w pełni wypoczęty i z myślą oby do piątku i kolejnego wypadu nad wodę. Zachęcam wszystkich do takiego wędkowania, nawet najbardziej zapalony spinningista doceni od czasu do czasu odpoczynek w fotelu zamiast przedzierać się przez chaszcze w kilku kilometrowych spacerach z wędką nad wodą.
  4. Adam

    zimowe pstrągi 2019

    Pierwszy wyjazd na ryby w tym roku styczeń 13-tego (dobrze, że nie piątek) a co tam przecież nie jestem przesądny. W drodze na ryby ciągle walczę ze sobą na którą miejscówkę jechać. W zeszłym roku fajnie połowiłem na rozlewiskach i w ich okolicach tylko, że rok temu była wyższa woda. Dobra jadę tam, najwyżej pojadę dalej. Na rozlewisku zastała mnie płytka woda z wystającą roślinnością. Jedyne co pływało w tej kałuży to para łabędzi. Nie zastanawiając się długo wsiadłem do samochodu i pojechałem w górę rzeki. Po dojechaniu na miejsce kolejna niespodzianka POLOWANIE. Mam na sobie czarną kurtkę, czarne spodnie i czarne włosy, pozostaje nadzieja że podczas skradania żaden myśliwy nie pomyli mnie z dzikiem. No cóż chyba wystarczy już tych niespodzianek jak na jeden dzień. Po przejściu dosłownie 10 m. wiedziałem, że to odpowiedni odcinek rzeki. Powalonego drzewa i głębokie rynny wyglądają obiecująco. Jednak nic z tego dopiero po około godzinie następuje pierwszy kontakt z rybą niestety tylko doprowadziła wobler pod nogi i spłoszona moim widokiem uciekła. Przy dużym zwalisku następuje potężne uderzenie, po paru efektownych świecach ładny pstrąg ląduje na brzegu. Pierwszy wyjazd roku i już podbita życiówka 42 cm kropkowanego szczęścia. Tego dnia miałem jeszcze jedno odprowadzenie ale bez ataku. Pstrągi to wyjątkowe ryby czujne, cwane i sprytne. Żeby je przechytrzyć trzeba być praktycznie niewidoczny nad wodą. Najważniejsze żeby nie poddawać się podczas niepowodzeń i szukać odpowiednich miejsc, a w końcu na pewno się uda.
  5. Adam

    Zimowe okonie

    Kolejny rok dobiega końca jest już połowa Grudnia, przyszły pierwsze przymrozki a z nieba zaczął padać biały puch. Miesiąc ten jest pełen sprzeczności część wędkarzy pochowała już swój sprzęt i zaczęła przygotowania do świąt inni natomiast przeczesują głębiny jezior z dużymi przynętami w poszukiwaniu tłustych mamusiek. Ja natomiast nie należę do żadnej z tych dwóch grup, późno jesienne dni poświęcam okoniom. Gdy temperatura nocą spada poniżej zera a w ciągu dnia jest delikatnie na plusie wybieram się na niewielkie leśne jeziorka lub zapomniane polne stawy. Na takich akwenach nie nastawiam się na wielkie garbusy, ryby tam żyjące rzadko przekraczają 30 cm ale za to można liczyć na sporą ilość brań. W chłodne dni okonie bardzo intensywnie żerują i z jednej miejscówki można wyjąć naprawdę sporo ryb. Łowiąc jednak w tak chłodnej wodzie nie można liczyć na potężne okoniowe brania są to raczej delikatne skubniecia każde nawet najmniejsze przygięcie szczytówki trzeba zacinać. O tej porze roku najskuteczniejszą dla mnie metodą jest drop shot, a w wietrzne dni boczny trok. Przynęta wolno prowadzona tuż nad dnem prowokuje nawet najbardziej leniwe pasiaki. Grudniowe okonie biorą bardzo delikatnie ale pewnie, w tym okresie najbardziej sprawdzają mi się niewielkie twistery w kolorze fioletu a także keitechy w naturalnych kolorach. Zachęcamy wszystkich do polowania na okonie w takie dni szczególnie na delikatny sprzęt. Wędka do 8 g. kołowrotek w rozmiarze 2000 z nawiniętą żyłką 0,12 jest dla mnie idealnym zestawem do takiego wędkowania. Należy pamiętać o ciepłym ubiorze i zabraniu rękawic bo niska temperatura w połączeniu z przenikliwym wiatrem pokona największego twardziela nawet gdy ryby dobrze biorą.
  6. Adam

    Król małych rzek i potoków

    Trochę ich wyjechało szczególnie w tym roku
  7. Opiszę swoją przygodę wędkarską z tego roku. Miała ona miejsce w pierwszych dniach stycznia, chociaż planowana była trochę szybciej. Postanowiłem zmierzyć się z czymś zupełnie dla mnie nowym i nieznanym, a dokładniej zapolować na jedną z najszlachetniejszych ryb jakie pływają w mojej okolicy. Tą piękną i majestatyczną rybą jest pstrąg, ale nie mam na myśli pstrąga tęczowego złowionego w jakimś „dołku rozpaczy” na łowisku komercyjnym (nie zrozumcie mnie źle takie łowiska też są potrzebne i również na nich łowię gdy mam ochotę zjeść świeżutkiego pstrąga), tylko prawdziwego „króla” małych rzeczek i potoków PSTRĄGA POTOKOWEGO. Trochę rozwinąłem się na wstępie ale to chyba dla tego, że zakochałem się w tej rybie i poświęciłem jej cały swój wolny czas. Tymczasem…. cofnijmy się do chwili , gdy ta myśl wpadła mi do głowy. Jest końcówka grudnia 2017 roku wszyscy są ogarnięci przedświątecznym szaleństwem, a ja z samego rana spakowałem ponton i już przed świtem byłem na jednym z większych i piękniejszych jezior w mojej okolicy. Dzień zapowiadał się być piękny i słoneczny choć chłodny, gdzie nie gdzie w lesie przy gruncie widziałem przymrozek i wiedziałem, że tego dnia zapoluję na tłuste mamuśki. Jezioro było płaskie jak stół totalna flauta zero falki, nie jest to idealna pogoda na szczupaka, ale dzień szybciej dotarły do mnie nowe woblery, więc trzeba będzie je wypróbować, padło na trolling. Metoda ta okazała się strzałem w 10, po niespełna 30 minutach czuję mocny opór na końcu wędki, nie był to strzał w przynętę tylko jakby coś ciężkiego uwiesiło mi się na końcu zestawu. Pomyślałem sobie, że to pewnie zielsko bo wypływałem z rynny na płyciznę ,jednakże odruchowo zaciąłem. Okazała się to piękna mamuśka 86 cm. Odhaczam buziak i do wody, po kolejnych około 20 minutach czuję potężne uderzenie na kiju, myślę ta będzie większa, ale nie chwilę później w podbieraku ląduje szczupak 78 cm . Była to ostatnia ryba oraz ostatnie branie tego wypadu. Samotnie przemierzając niespełna 200 ha jezioro w ciszy podziwiałem jego uroki. Liczne czaple białe siedzące na gałęziach bukowego lasu porastającego wschodni brzeg jeziora leniwie wygrzewały się w ostatnich promieniach słonecznych 2017 roku. Te pięknie widoki pozornie martwego jeziora pozwalały mi na zrobienie „rachunku sumienia” i zastanowieniu jak ukierunkuję swoje wędkarskie wyprawy w kolejnym roku. Hmmm….. 1. Okonie ( piękne powyżej 30 cm) były i to liczne 2. Sumy (i te większe i te mniejsze ? ) też były 3.szczupaki także ( nie zliczyłbym ich) 4. Bolenie (no może Bolki około 50 cm), klenie, węgorze, również. Ryb w 2017 roku było naprawdę wiele ale czułem jakiś niedosyt, i wcale nie był on wywołany utratą jedynego sandacza w roku który spadł pod samymi nogami przez głupotę. Wszystkie te ryby łowię już od lat i nie są to pojedyncze sztuki tylko cyklicznie powtarzające się wypady w większości kończące się ładną sztuką. Czułem jakbym zatrzymał się w miejscu, w myślach wymieniałem sobie w porządku alfabetycznym wszystkie ryby które znam i w końcu doszedłem do litery P. Pstrąg potokowy, tak pstrąga nigdy nie złapałem. Prawdę mówiąc nigdy nie widziałem dzikiego potokowca na żywo. Po powrocie do domu od razu zabrałem się za lekturę zarówno w Internecie jak i w prasie wędkarskiej. Setki przeczytanych artykułów, dziesiątki obejrzanych filmów , ogarnęła mnie „pstrągowa gorączka”. Niestety nadal był grudzień czyli okres ochronny, nie mogąc się doczekać kompletowałem sprzęt na pierwszą wyprawę. Godzinami wpatrywałem się w internetową mapę, szukając odpowiednich miejsc do połowu pstrąga, aż w końcu znalazłem niewielką rzeczkę około 60km. Wreszcie nadszedł długo oczekiwany styczeń. Po sylwestrowej zabawie trzeba było odpocząć, więc 3 stycznia z samego rana postanowiłem wyruszyć na „polowanie”. Jak to najczęściej bywa pogoda spłatała mi figla, silny wiatr i padający deszcz, no trudno najwyżej zmoknę nie odpuszczę za długo czekałem na ten dzień. Po dojechaniu na miejsce ukazał mi się piękny stary młyn, rzeczka wiła się jak wąż. Widoki aż zapierały dech w piersiach w głębokim wąwozie płynęła nie zbyt głęboka rzeczka z krystalicznie czystą wodą. Po cichu podszedłem do brzegu (oczywiście taki był plan) i trach pękła gałąź pod butem. Przez okulary polaryzacyjne widzę jak spod zatopionego korzenia ucieka mała rybka około 15 cm . Serce zaczyna szybciej bić w głowie kotłują się myśli kurcze spłoszyłem go, mogłem się bardziej postarać, a jeśli to był ten jedyny? Z jednej strony byłem załamany, że przez nieuwagę spłoszyłem pstrążka, ale z drugiej natomiast byłem bardzo zadowolony, że tyle czasu poświęconego na studiowaniu map rzeczki nie poszło na marne. Tak znalazłem odcinek na którym występują pstrągi (a na pewno jeden), może i nie był imponujących rozmiarów ale był. Nie poddając się posłałem małą gumkę w miejsce w które uciekła ryba, ale nie przewidziałem że 2 gramowa czeburaszka będzie za lekka i nie dojdzie dna w takim nurcie. Spojrzenie w pudełko z przynętami, chwila zastanowienia i wybór padł na obrotówkę. Czarna błystka z żółtymi kropkami wylądowała w wodzie pod prąd pięknie pracowała na kiju do 7 gram. Pierwszy rzut nic, drugi nic, ale w trzecim ruszył jakiś mikrus (wielkości tego co go spłoszyłem) za moją przynętą. Niestety dałem ciała podciągnąłem obrotówkę za blisko i pstrąg spłoszył się na mój widok. W to miejsce oddałem jeszcze parę rzutów ale nic już nie chciało zjeść mojej przynęty. Idąc dalej wzdłuż brzegu razem z prądem rzeki, przez głowę przepływały mi myśli co zrobiłem źle i dlaczego aż tak się spaliłem na widok pstrąga wystarczyło tylko przytrzymać obrotówkę w miejscu przecież pod prąd i tak by pracowała, może będą kolejne. No trudno stało się już nic więcej nie poradzę, wnioski wyciągnięte idę dalej. W oddali widzę podobną miejscówkę przewrócone w poprzek rzeki drzewo z gałęziami pod wodą. Tym razem zatrzymam się trochę dalej od miejscówki. Przyklejony do drzewa jak mucha do lepu zarzucam. Przynęta ląduje idealnie tam gdzie chciałem, kilka obrotów korbki kołowrotka i tak jest piękne branie. Po krótkim, ale emocjonującym holu pstrąg ląduje na brzegu. Nie jest zbyt wielki( niespełna 25 cm) ale pierwszy, tak nie mogłem w to uwierzyć pierwszy pstrąg w życiu. Szybka sesja zdjęciowa i rybka wróciła do wody. Po chwili euforii znowu zacząłem rozmyślanie, rybka jest piękna kolorowa ale trochę mała ( apatyt rośnie w miarę jedzenia). Kolejne spojrzenie do pudełka i może tym razem wobler. Wzrok mój przykuł 7 cm wobler w kolorze bardzo jaskrawego pomarańczu, ale woda była krystalicznie czysta więc obawiałem się, że mógłby odstraszyć i tak bardzo płochliwe ryby. Padło na 5cm wobler przypominający pstrąga w stonowanym kolorze. Szybka zmiana przynęty i rzut w to samo miejsce. Tak było w teorii, niestety praktyka była ciut inna i wobler zawisł na gałęzi. Nie chcąc stracić jeszcze nie ochrzczonego woblera próbowałem go jakoś zdjąc z tej gałęzi, skończyło się tylko na pęknięciu fluokarbonu, utopieniu woblera no i wystraszeniu wszystkich pstrągów w okolicy. Przedzierając się przez nadbrzeżne krzaki próbując narobić jak najmniej hałasu zauważyłem podmytą burtę. Znowu wyciągam pudełko z przynętami, pozostały same żarówiaste kolory, pomarańcz bije po oczach, postanowiłem, że wezmę mniej rażący. Na końcu wędki ląduje 7 cm pływający wobler. Zatrzymałem się jakieś 15m przed wytypowaną miejscówką, puszczając wobler z prądem zaczekałem aż dopłynie prawie pod sam brzeg. Zamykając kabłąk kołowrotka zacząłem zwijać przynętę z częstymi przerwami, w momencie gdy wobler wpływał na płytszą wodę nastąpiło branie. Tym razem było to dużo silniejsze uderzenie. Po zacięciu usłyszałem piękną „muzykę” płynącą z hamulca kołowrotka. Hol ryby był cudowny, pstrąg wyskakiwał wściekle nad wodę próbując pozbyć się przynęty, wykorzystywał prąd wody aby uciec w swoje podwodne kryjówki. Po przykręceniu hamulca udało mi się doholować pstrąga do brzegu. Po wyjęciu ryby z wody byłem w szoku, nie dowierzałem że udało mi się złowić taką rybę i to pierwszego dnia. Ten był już znacznie większy i masywniejszy miał równo 38 cm ( w porównaniu z poprzednimi rybami, które widziałem ten wydawał się kolosem). Zmiana przynęty na wobler okazała się być skuteczna w selekcji mniejszych sztuk. Jednak nie mogłem w 100% potwierdzić tej zależności ponieważ czas leciał nie ubłaganie. Po zrobieniu szybkiego zdjęcia i wypuszczeniu ryby zdałem sobie sprawę, że nie zostało już mi wiele czasu do końca krótkiego styczniowego dnia, a przede mną jeszcze kawał drogi powrotnej przez las. Wracając samochodem do domu już w myślach planowałem sobie kolejny wyjazd na pstrągi (a było ich jeszcze kilka do póki zima nie skuła lodem mojej pstrągowej krainy). Tej zimy dopadła mnie „pstrągowa gorączka” mam nadzieję, że zarażę nią chociaż część osób czytających mój artykuł. Pamiętajcie tylko o wypuszczaniu złowionych ryb, gdzieś kiedyś słyszałem takie słowa cyt. „ PASJI SIĘ NIE ZABIJA” bardzo mi się one spodobały i mam nadzieję, że ich autor nie będzie miał mi za złe, że przytoczyłem je w moim tekście. Od pory napisania tego tekstu minął ponad rok a ja zakochałem się w łowieniu szczególnie zimowych pstrągów.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...